Orelec - zapraszamy w Bieszczady!
WITAMY w ORELCU > WAŻNIEJSZE EPIZODY Z DZIEJÓW ORELCA > Czasy najnowsze „Polski Ludowej” (1945 – 1989)

Czasy najnowsze „Polski Ludowej” (1945 – 1989)

1945 r. - według spisu ludności przeprowadzonego we wsi w dniu 10 stycznia 1945 r. przez sołtysa Jana Hawrylika w Orelcu mieszkało 257 osób dorosłych i 262 dzieci, łącznie 519 mieszkańców narodowości polskiej i ukraińskiej.

Następny spis ludności przeprowadzono 13 VI 1945 r., już po ogłoszeniu zwycięstwa nad Niemcami. Wykazał on, iż w Orelcu mieszkało 497 osób, tj. o 22 mniej. Narodowość polską podało 119 dorosłych i 60 dzieci do lat 18-tu (179 Polaków), narodowość ukraińską lub rusińską 179 dorosłych i 139 dzieci (318 Ukraińców). We wsi mieszkało wtedy 298 dorosłych i 199 dzieci. Ludzie żyli w zgodzie, byli powiązani więzami rodzinnymi poprzez zawierane od dawna małżeństwa mieszane. Znamienny jest fakt, że starzy grekokatolicy podawali narodowość „rusińską”, a nie ukraińską, młodzi zaś „ukraińską”. Wsią rządzili nieformalnie nadal młodzi chłopcy z UPA.
24 VI 1945 r. w szkole polskiej 67 uczniów kończyło rok szkolny z nauczycielką Marią Dobrowolską. Nie wszyscy jednak przeszli do następnej klasy. 3 nie promowano, a 5 nie klasyfikowano.
Rok 1945 pozostał w pamięci najstarszych mieszkańców wsi jako okres największej aktywności UPA w Orelcu. W sierpniu UPA spaliła dwór, a 31 X 1945 r. powiesiła koło spalonego dworu Antoniego Makowiaka. We wsi zapanował strach. W dzień Polacy uprawiali swoje grunty, ale na noc niektórzy szli spać do Uherzec z obawy przed biciem lub atakiem sotni UPA. Spokój zapanował dopiero po akcji „Wisła” latem 1947 roku, gdy wojsko przeczesało lasy i wyłapało tych „upowców”, którzy nie zdążyli uciec przez Słowację na Zachód.
Kilku informatorów (znanych wyłącznie autorowi niniejszego szkicu i mających życzenie nie ujawniania swych nazwisk) udzieliło wywiadów na temat sotni UPA. Oto ich fragmenty: „W 1945 r. we wsi były już dwa bunkry UPA pod domami mieszkalnymi położonymi w pobliżu jarów, aby łatwo można było wejść do nich i uciec do lasu w razie obławy wojska. Jeden z nich mieścił się powyżej starego cmentarza po lewej stronie szosy przy dzisiejszym podjeździe w kierunku Bóbrki, drugi nad potokiem w stromym zboczu góry w pobliżu obecnej posesji pp. Skotnickich. Prowadziły do nich od zboczy zamaskowane małym rosnącym świerkiem wejścia. Ówcześni właściciele chat położonych przy tych bunkrach, (a były to rodziny mieszane, aby nie było podejrzeń Polaków i wojska) otrzymali od UPA ultimatum: albo bunkry pod waszymi domami, albo śmierć całej rodziny. A obie rodziny miały dzieci. Nie mieli więc wyjścia i musieli być cicho. O istnieniu tych bunkrów dowiedzieliśmy się dopiero po wysiedleniu wiosną 1947 r..
Do UPA należało wówczas 15 młodych Ukraińców z Orelca w wieku ok. 18 – 20 lat i wszyscy ich znali. W dzień siedzieli w bunkrach, a gdy się ściemniło uzbrojeni chodzili po wsi i bili Polaków, aby zmusić ich do opuszczenia wsi. Ludzie nie wiedzieli co robić, uciekać i zostawić dorobek całego życia, czy trwać na ojcowiźnie i obrabiać pola. Dzień spędzano w domu, noc w krzakach, w polu lub u znajomych w pobliskich Uhercach, gdzie stacjonowało wojsko i było spokojnie. Wiele młodych dziewcząt i małych dzieci przechowywali potajemnie Ukraińcy narażając też swoje życie. Młodzi z UPA chodzili pewnie nocami po wsi, ustalali kontyngent dla siebie, zabierali lepsze buty i odzież, pieniądze, pożywienie i wprowadzili obowiązek mówienia po ukraińsku.
Pewnego wieczoru jeden z gospodarzy Ukraińców wracając o zmierzchu z pola do domu odezwał się do sąsiadki po polsku „kumo, wasze gęsi chodzą jeszcze koło potoku, a robi się ciemno. Zagońcie je do domu”. Usłyszeli to stojący za chatą młodzi „upowcy” i od razu powiesili go na lipie. Nie doszedł już do domu. Strach nie do opisania ogarnął ludzi w całej wsi.
W owym czasie w opuszczonym dworze mieszkali Rusini i Polacy, którzy stracili swoje domy podczas bombardowania wsi przez samoloty sowieckie. Młodzi oreleccy „upowcy” obawiali się, że w tym dworze może z czasem zamieszkać wojsko, albo utworzony zostanie posterunek milicji. Nie mogliby wówczas spokojnie mieszkać we wsi i czuć się bezkarnie. Postanowili pozbyć się dworu. W sierpniu przepędzili mieszkających tam ludzi nie mających dachu nad głową i podpalili dwór. W jego ocalałych po pożarze piwnicach nadal koczowali ludzie, bo nie mieli się gdzie udać, a część z nich przyjęli do swoich domów inni gospodarze.
Niebawem wrócił z wojska radzieckiego wcielony do Armii Czerwonej jeszcze w 1940 roku młody Ukrainiec Antoni Makowiak i był zdziwiony, że Ukraińska Powstańcza Armia nie ma koszar, mundurów i koczuje w ziemnych bunkrach. Wyraził więc swoją dezaprobatę mówiąc: „Prawdziwe wojsko ukraińskie nie bije ludzi, nie działa nocą, nie kradnie, nie zabija swoich, lecz działa jawnie w dzień i mieszka w koszarach.” Młodzi upowcy z Orelca byli wściekli na niego. Gdy przeszedł na obrządek rzymsko-katolicki uznali to za zdradę Ukrainy i postanowili go zgładzić, aby inni nie poszli w jego ślady. Do pomocy wezwali sobie kumpli z sotni ze Stefkowej, którzy osaczyli tego żołnierza i 31 X 1945 r. powiesili go na akcji rosnącej koło spalonego wcześniej dworu w centrum wsi, aby wszyscy widzieli. Egzekucji przypatrywali się młodzi członkowie UPA z Orelca, bowiem z uwagi na powiązania rodzinne sami nie chcieli jej wykonywać. Jeszcze większy strach padł wówczas na wszystkich bez wyjątku ludzi i część Polaków uciekła do Uherzec”.

W nowym roku szkolnym, który rozpoczął się dopiero w dniu 1 XII 1945 r. do szkoły prowadzonej przez wspomnianą nauczycielkę Marię Dobrowolską uczęszczało 66 uczniów, a 45 dzieci w ogóle nie podjęło nauki.
Do końca 1945 r. w wyniku umowy o repatriacji ludności ukraińskiej na wschód do USRR z Orelca nie wysiedlono nikogo. Niemniej wszyscy Polacy żyli w wielkim strachu. Terror sotni UPA paraliżował ludzi.

1946 r. - 12 I 1946 r. władze gminy Olszanica wytypowały z Orelca do wywiezienia na wschód do USRR na mocy porozumienia komunistycznego rządu PKWN z rządem moskiewskim z IX 1944 r. aż 64 rodziny ukraińskie o łącznej liczbie 230 osób. Wysiedlenie to rozpoczęło się wiosną 1946 r. Z gminy Olszanica z siedzibą w Uhercach ludność podającą narodowość „ukraińską” wywieziono na Ukrainę wagonami ze stacji Uherce. Warto w tym miejscu nadmienić, iż do USRR wysiedlono wówczas z okolicznych wsi: 301 osób z Bóbrki, 96 z Zabrodzia, 120 z Bereźnicy Niżnej, 64 z Myczkowiec, 38 ze Zwierzynia, 316 z Uherzec, 42 z Rudenki, 243 z Olszanicy, 811 ze Stefkowej, 214 z Ustjanowej Dolnej oraz 3 rodziny liczące 12 osób z Orelca. Z pobliskiej gminy Ropienka deportowano wówczas aż 2924 osoby.

Tak niewielką ilość Rusinów wysiedlono wówczas z Orelca tylko dlatego, iż pozostałych uratował swą przytomnością umysłu zastępujący chorego sołtysa stary żołnierz armii austriackiej służący w czasie I wojny światowej w dzisiejszej Bośni i Hercegowinie, człowiek powszechnie szanowany, Polak Józef Dobrowolski. Oto relacja jednego ze świadków zdarzenia pragnącego zachować anonimowość: „Gdy żołnierze polscy weszli do wsi i kazali oddzielać Ukraińców od Polaków wraz z bydłem i dziećmi on odważnie podszedł do oficerów i powiedział: „Panowie oficerowie. U nas nie ma Ukraińców tylko Rusini, wszyscy powiązani są więzami rodzinnymi z Polakami, pożenieni i spokojni. Nie ma możliwości rozdzielenia rodzin, bo skrzywdzimy Polaków. Zostawcie nas tutaj, tyle już wycierpieliśmy i pola mamy obsiane”. Ponieważ wojsko skierowane do przeprowadzenia wysiedlenia przybyło z zewnątrz i nie znało wsi, a z siedziby NKWD z pałacu z Olszanicy nie przybył z nimi żaden NKWDzista oficerowie mu uwierzyli. Zaprosił ich do swego domu na poczęstunek i wypito wówczas sporo alkoholu. Ludzie widząc jaki obrót przybrała sprawa ugościli też żołnierzy tym, co mieli najlepszego nie szczędząc wódki. Dowódca tego oddziału, aby dla pozoru wykonać rozkaz, nakazał 3 rodzinom ukraińskim spakować się i udać do stacji Uherce. Wojsko przeszło następnie do Bóbrki, skąd 300 osób zadeklarowało chęć wyjazdu na Ukrainę „do krainy dobrobytu” jak mówili im agitatorzy z NKWD”.
W Orelcu pozostali więc wszyscy niemal „Rusini grekokatolicy” i liczbie 126 osób i 52 rodziny mieszane polsko-ruskie liczące 180 osób oraz Polacy. Wszyscy ludzie żyli jednak nadal w wielkiej niepewności i strachu obrabiając pola dające im utrzymanie oraz możliwość przetrwania zimy.
We wsi miało też miejsce dość spektakularne zdarzenie. W letnią noc naszły na siebie dwa duże zgrupowania UPA i rozpoczęła się strzelanina. Wskutek wymiany ognia zapaliły się strzechy dwóch chałup, które łuną oświetliły teren. Wówczas obie sotnie zorientowały się, że walczą ze sobą i przerwały wymianę ognia. Nikt wówczas nie zginął, ale dwie chałupy przypadkowo spłonęły.

„W tymże roku zginęło też przez przypadek i swoją głupotę dwóch dorosłych mężczyzn ze wsi: Ukraińcy Kuńcio i Samec. Od strony Bobrki do Uherzec szli drogą żołnierze. Ktoś puścił plotkę: „będą nas wysiedlać”. Owi gospodarze mający synów w UPA nagle zaczęli biegnąć w kierunku lasu. Widząc to żołnierze nawoływali „Stój! Stój bo będziemy strzelać!” Ale ci biegli coraz szybciej. Dowódca oddziału nie wiedząc, kto ucieka wydał rozkaz „zatrzymać ich”. Padły strzały i niestety trafieni zostali obaj śmiertelnie. Nie zawsze przy dużej odległości daje się trafić w nogi. Po chwili sprawa wyjaśniła się, wybiegły rodziny, ale obaj już nie żyli”.

Śmierci z rąk UPA uniknął cudem gajowy Antoni Sałusz. Patrolował on las z karabinem i wielokrotnie spotykał się z UPA. Oni jednak nie rozbrajali go w obawie przed ujawnieniem swoich kryjówek i obławą wojska. Pewnego razu minął w lesie jedną z sotni ze Stefkowej, na którą wkrótce weszło przypadkowo wojsko polskie i rozpoczęła się strzelanina. Ukraińcy wycofali się podejrzewając gajowego o zdradę i wskazanie miejsca ich postoju. Postanowili go zgładzić. W dniu następnym podczas obchodu lasu schwytali go, solidnie poturbowali i przyprowadzili do Stefkowej, by sotenny zdecydował jaką śmiercią ma zginąć. Ponieważ w domu tym była libacja nie śpieszyli się z egzekucją. Częstowani solidnie popili, a następnie zaprowadzili pojmanego na leśną polanę, by go spalić żywcem w palącym się ognisku. Wyrok ten musiał jednak zatwierdzić dowódca sotni, którego nie zastano we wsi. Zapadał zmierzch i jesienny chłód był coraz bardziej dotkliwy. Dwóch uzbrojonych i pijanych upowców pilnowało przy ognisku związanego sznurami jeńca, a dwaj inni poszli szukać w lesie sotennego. Związany gajowy zauważył, że pilnujących go zaczyna morzyć drzemka. Obudziła się w nim nadzieja na ucieczkę. Poprosił, by pozwoli mu przysunąć się bliżej ognia i trochę ogrzać. Odpowiedzieli na to: „przysuń się blisko i przyzwyczajaj do żaru, bo za niedługo będziesz się w nim smażył”. Gajowy wykorzystał to przyzwolenie i zaciskając zęby z bólu włożył związane z tyłu ręce do ogniska, aby przepalić sznur, którym były one skrępowane. W końcu poczuł luz i powoli przepalił sznur. Wskutek ciepła pilnujący go posnęli i zaczęli chrapać. Wówczas rozwiązał sznur na nogach, powolutku oddalił się na kilkanaście metrów i począł szybko uciekać przed siebie. Pilnujący go poderwali się i zaczęli za nim strzelać, lecz pijani nie byli w stanie podjąć pościgu. Strzały były niecelne, a jeniec zniknął w ciemnościach. Mając świadomość, że wszędzie są upowcy i na pewno ruszy za nim obława z psami biegł szybko przed siebie z pragnieniem życia. Ciemności i strach nie pozwoliły mu zorientować się w kierunku ucieczki. Tak przebiegł grzbietem Żukowa granicę z USRR nie zauważony przez nikogo, aż nad Ustrzyki Dolne leżące wówczas w ZSRR. Nad ranem rozpoznał znajome budynki stacyjne. Był przerażony, ale pragnął wrócić do żony i małego dziecka. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji cichutko podszedł do stacji i rozpoznał na służbie znajomego kolejarza. Wszedł do niego, pokazał opalone ręce i opowiedział o zdarzeniu. Tenże zmartwił się mocno i powiedział. „Jeśli żołnierze ukraińscy Cię zobaczą, to Cię wyślą na Sybir lub zastrzelą za nielegalne przejście granicy. Schowaj się do ubikacji i czekaj. Będzie jechał do Zagórza transport wysiedlanych ze wschodu Polaków, to może uda się przewieźć Cię na polską stronę”. I tak też się stało. Ale gdy pociąg z transportem został zatrzymany na stacji nikt nie chciał ukryć gajowego w swoim wagonie w obawie przed represjami na granicy. Jego sytuacja była dramatyczna. W końcu ulitował się nad nim kolejarz obsługi transportu (kawaler) i ukrył go pod ławką w ostatniej budce wagonu. Ławkę ze skulonym pod nią uciekinierem okrył swoim kolejarskim płaszczem i rozkłożył na nim jedzenie, aby zmylić czujność psów przy przekraczaniu granicy. Podczas kontroli granicznej otworzył drzwi budki, a sowieccy pogranicznicy zobaczyli, że je posiłek rozłożony na płaszczu i odeszli. Wkrótce pociąg znalazł się po polskiej stronie granicy i dojechał do stacji w Łukawicy. Tam już było wojsko polskie. Gajowy wysiadł, pokazał poparzone ręce i opowiedział o swoich perypetiach. Dowódca oddziału natychmiast wezwał lekarza i nakazał opatrzyć rannego. Sam zaś ogłosił alarm w batalionie, zebrał żołnierzy i samochodami wyruszyli do Stefkowej. Uratowanego cudem gajowego posadził przed sobą w szoferce i nakazał wskazanie zabudowań w Stefkowej, w których był on przesłuchiwany przez UPA. Po dotarciu do Stefkowej żołnierze z zaskoczenia otoczyli wskazane zabudowania i schwytali kilkunastu „upowców”. Doszło też do strzelaniny z innymi uciekającymi z sąsiednich domów, w wyniku której kilkunastu następnych zginęło. Gajowy nie wrócił już do pracy w Orelcu. Najpierw ukrywał się z żoną i dzieckiem przed UPA, a po likwidacji sotni podjął pracę w lasach państwowych w innym rejonie Polski”.
„Jesienią 1946 r. – wspomina jeden z mieszkańców – jako młody chłopak pasłem krowy. Wtem nieoczekiwanie w dolinie o nazwie Perdołyna (tam gdzie dziś ma stawy Pan Piszczek) pojawiła się bardzo duża kolumna UPA licząca ok. 400 osób. Na przedzie jechał zwiad na koniach, a za nim w pewnej odległości szli wolno i spokojnie upowcy ubrani w różne mundury (niemieckie, rosyjskie i polskie oraz ubrania cywilne) z bronią na ramieniu. Z pasma Żukowa przechodzili przez dolinę w kierunku dawnej wsi Mikołajec, lecz przed tym przysiółkiem skręcili w kierunku Skałek Myczkowieckich i przełomu Sanu pod Zwierzyniem. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem w biały dzień tak dużego zgrupowania. Nie mam pojęcia, gdzie poszli. Może po wysiedleniach na Ukrainę i utracie zaplecza kierowali się w góry lub na Słowację? Przechodząc między wsiami czuli się bardzo pewnie i na mnie w ogóle nie zwracali uwagi.”

1947 r. - wiosną 1947 r. po śmierci gen. K. Świerczewskiego wieś dotknęła również akcja „Wisła”. Według źródeł archiwalnych wysiedlono wówczas z Orelca do gminy Czaplinek 394 osoby. Tę liczbę potwierdza również Eugeniusz Misiło w swojej pracy „Akcja Wisła”.
Według relacji Pani Marii Nawrockiej przebieg akcji „Wisła” w Orelcu był następujący. „W kwietniu przyszła ciepła wiosna. Wszyscy ludzie masowo wyszli na pola, zaczęli je orać, zasiewać i sadzić ziemniaki. Wówczas przeprowadzono ponownie powszechny spis ludności. Mieszkańcy zaczęli się domyślać, iż może to być przygotowanie do wysiedlenia na ziemie zachodnie, bowiem trwały już wysiedlenia w głębi Bieszczadów. Ale cóż, nadal obrabiali swoje pola. Kilkanaście dni później wojsko niespodziewanie otoczyło całą wieś i oficerowie poinformowali, aby wszyscy Rusini oraz każda rodzina mieszana, w której ojciec był Rusinem, a matka Polką do wieczora spakowały się do wyjazdu na ziemie zachodnie. Otrzymali oni polecenie, aby spakować dobytek na furmankę i dojechać do stacji Uherce. Nikt nie mógł pozostać w Orelcu i w Bóbrce z obawy przed zemstą UPA. Wszystkich bez wyjątku ludzi (w tym także Polaków) wysiedlono wówczas ze wsi. W pobliskich Uhercach - na dzisiejszym placu RPRD (stacja paliw) i w domach po wysiedlonych wcześniej na wschód Ukraińcach - mogli pozostać Polacy oraz te rodziny mieszane, w których ojciec był Polakiem, a matka Rusinką. Nie wszyscy jednak mogli się tam zmieścić. Część rodzin przewieziono więc do opuszczonych przez Ukraińców chat w Wańkowej w pobliże koszar wojskowych. Rusinów zaś przewieziono do Olszanicy na plac kolejowy, skąd odjeżdżały transporty na ziemie zachodnie. Ponieważ przez wieki wszyscy byli ze sobą spokrewnieni więc zaczął się we wsi lament nie do opisania. Płacz kobiet i dzieci odrywanych od swoich rodzin był bardzo przejmujący. Najbardziej rozpaczały matki Polki, które wyszły za mąż za Rusinów i musiały nagle opuścić swoją rodzinną wieś i najbliższą rodzinę jadąc w nieznane. Żołnierze odpowiedzieli: „Nie możemy wam w żaden sposób pomóc. Musimy wykonać rozkaz. Cieszcie się, że zostajecie w Polsce, a nie wywożą was na wschód do USRR.” Dziś wspominając to straszne wydarzenia mam łzy w oczach. Płakałam wówczas przez wiele godzin wraz z innymi młodymi dziewczętami widząc, jak ludzie uwijają się i w płaczu zbierają do podróży tylko to, co najpotrzebniejsze tj. pościel, trochę odzieży, jedzenia, krowę, konia i narzędzia do uprawy roli. Pozostały dobytek całego życia i poprzednich pokoleń musieli zostawić tutaj, bo nie byli w stanie wszystkiego zabrać z sobą. Płakali wszyscy, nawet mężczyźni i my Polacy, bo strasznie nam było ich żal. Wszystkich Rusinów na ogrodzonym placu przy stacji w Olszanicy jeszcze rewidowano, czy przypadkiem nie mają broni. Gdy nadjechał pociąg z Zagórza ładowano do wagonów po kilka rodzin. Odjeżdżali więc w nieznane sobie strony stłoczeni w towarowych wagonach jak bydło, płacząc z rozpaczy. To było straszne. Szkoda mi było tych ludzi, bo byli tak samo terroryzowani przez UPA jak my Polacy i często narażając się na śmierć nam Polakom pomagali ukryć się lub ostrzegali nas przed niebezpieczeństwem. Przez wiele miesięcy budziłam się później nocami, bo śnił mi się ten koszmar i płakałam nad ich losem”. Inni pozostawieni w Uhercach Polacy tak wspominają rok 1947:
"Wszyscy bez wyjątku baliśmy się zemsty UPA za to wysiedlenie i nikt nie miał odwagi pozostać we wsi po tym, co się stało. Mieszkaliśmy w Uhercach,, bo tam było wojsko i nocowaliśmy u ludzi znajomych przez całe lato, aż do żniw. Władze dawały nam na dzień ochronę milicji i 5 mężczyzn do patrolowania okolicy każąc wracać do wsi i obrabiać wszystkie pola, tj. nasze własne i ludzi wysiedlonych. Pracy było bardzo dużo. Przez około 3 miesiące dzień spędzaliśmy na polach w Orelcu, a na noc wracaliśmy do Uherzec”.
Pod koniec lipca 1947 r. – tuż przed żniwami – do Orelca wróciło wówczas tylko 13 rodzin polskich: Nawroccy, Skotniccy, Podgórscy, Dobrowolscy, Mamrowiczowie, Jan Szulc i Antoni Zaniewicz. We wsi utworzono posterunek milicji liczący 8 milicjantów. Jeden z nich Józef Wieczorek ożenił się w Orelcu i tu już pozostał. Wszystkich dorosłych mężczyzn wpisano bez ich zgody na listę ORMO (Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej) z obowiązkiem nocnego patrolowania wsi co drugą noc z wydawaną na posterunku bronią. Nikt nie śmiał się sprzeciwić. W dzień oczywiście trzeba było pracować w polu.
Jeden z informatorów – były milicjant – wyjaśniał: „Latem wojsko polskie przeczesywało lasy w poszukiwaniu członków UPA. Wszystkich młodych Ukraińców z Orelca oraz z okolicy, którzy byli członkami UPA i po wysiedleniu nie mieli się gdzie ukrywać wyłapano i osądzono. Otrzymali wyroki od kilku do kilkunastu lat więzienia i siedzieli, a po wyjściu na wolność wyjechali na ziemie zachodnie do swoich rodzin”.

Gdy zapanował we wsi spokój jesienią w dniu 1 X 1947 r. wznowiono zajęcia w szkole w Orelcu. 23 uczniów rozpoczęło rok szkolny w budynku drewnianym z 1 salą lekcyjną. Szkoła posiadała wówczas 1 tablicę, 1 stół, 16 ławek, boisko o pow. 100 m2 i ogródek szkolny o podobnej powierzchni. W budynku tym dzieci nie miały wody, szatni, umywalki, kuchni, a mimo to z dożywiania (chleba i kawy) korzystali wszyscy.

1948 r. - to już czas spokoju. Ludzie mieszkali w swoich domach i ciężko pracowali w polu. 14 II 1948 r. ziemski majątek dworski w Orelcu został przejęty przez gminę Olszanica. W spisanym wówczas protokole odnotowano, że zajmuje on 149,1ha powierzchni ogólnej, w tym: 102,9 hagruntów ornych, 20,4 ha łąk,21,4 ha pastwisk, 0,2 ha stawów, 4,2 ha nieużytków i innych gruntów. Posiada sad, zniszczony kierat i spalone budynki.

W latach 1948 – 1949 do klas I – IV uczęszczało 23 uczniów, a 1 IX 1950 r. rozpoczęło naukę tylko 21 dzieci. Ich nauczycielką była nadal Maria Dobrowolska.

1950 r. - we wsi wytypowano 6 ocalałych budynków po wysiedlonej ludności dla nowych osadników. Zapis w dokumentach archiwalnych potwierdza relacja świadków tamtych czasów: „Potem gmina wyznaczyła 6 domów po ludności wysiedlonej do zasiedlenia – relacjonuje dalej Pani Maria Nawrocka. - Władze kierowały do nich nowych osadników. Pierwszy przybył tutaj milicjant Józef Wieczorek, który ożenił się we wsi i pozostał na stałe. Później przez wiele lat był sołtysem. Kolejnym przybyszem był Jan Nowak, gajowy z Uherzec wywieziony przez Rosjan w 1939 r. na Sybir. Przeżył tę katorgę, ale nigdy o niej nie chciał powiedzieć ani słowa. U nas też był gajowym w lesie. Po nich powoli przybywali następni np. górale z Limanowskiego jak Piszczek, Świerczek, Koza, Piergies i wieś powoli zaludniała się”.

„W 1950 r. władze utworzyły w Uhercach PGR obejmujący również pola w Orelcu. Ludzie mogli pracować, obrabiać swoje pola i otrzymywali pensje. W 1953 r. oreleccy chłopi postanowili odłączyć się i stworzyć własną Spółdzielnię Produkcyjną pierwszej kategorii - relacjonuje Pani Katarzyna Dobrowolska, 13-letnia wówczas pracownica tej spółdzielni. - To był wielki błąd z ich strony. Nowo powstała spółdzielnia nie miała zaplecza maszynowego i ludzie należący do niej klepali biedę. Do pracy w celu obrobienia opuszczonych przez ludzi wysiedlonych gruntów zapędzono wszystkich niemal mieszkańców wsi i młodzież. Teraz baliśmy się UB. Nie wolno było krytykować nowego ustroju i sposobu życia. Każdy otrzymał ogródek na własne potrzeby ok. 20 arów, a starzy gospodarze grunty własne z okresu przedwojennego, lecz wszyscy mieli obowiązek iść najpierw do pracy w spółdzielni, a dopiero potem na swoje pole. Tak było do 1956 roku. Po strajkach w Polsce i nastaniu Gomółki spółdzielnia upadła. Nastąpiła komasacja ziemi i ludziom jej spragnionym wydzielono grunty rolne na własność.

1956 r. - po rozruchach w Polsce i dojściu Gomółki do władzy osoby wysiedlone w akcji „Wisła” mogły wrócić w swoje strony rodzinne. Do Orelca wróciło tylko kilka rodzin powiązanych rodzinnie. Pozostałe śmiały się z nich, że wracają do biedy. Wysiedleni w 1947 r. na ziemiach zachodnich otrzymali żyzne i urodzajne ziemie, poniemieckie maszyny rolnicze i sprzęt gospodarski, murowane domy z podłogami, dobrze się urządzili, zagospodarowali, dorobili się licznego inwentarza i nie chcieli zamieniać pewnego już dobrobytu na biedę.
Rozpoczęła się jednak budowa zapory wodnej na Sanie w Myczkowcach, a potem (1960 r.) w Solinie i wiele osób znalazło przy nich zatrudnienie. Część rolników stawała się chłopo-robotnikami obrabiając swoje grunty po południu. Codzienne życie powoli zaczęło polepszać się.

1961 r. - przez wieś wybudowano drogę asfaltową do Soliny ułatwiającą dostarczanie materiałów budowlanych z nowej stacji PKP Wygnanka (dziś Uherce) do budowanej zapory solińskiej. Była ona wielkim dobrodziejstwem dla wsi i przyspieszyła jej rozwój.

1963 r. - „Gdy przybyłem z Odrzykonia do Orelca w 1963 r. i objąłem tutejsze leśnictwo – wspomina leśniczy Pan Robert Fitkowski – byłem zaskoczony wyglądem wsi i mieszkańcami Orelca. Wszystkie niemal chaty stały "pod strzechą". Kilka zaledwie domów krytych było dachówką. Najstarsi mieszkańcy w wieku ok. 60 lat mimo, iż byli analfabetami i nie umieli czytać ani pisać mówili piękną poprawną polszczyzną, z czym nie spotkałem się nawet w okolicach Odrzykonia. Dziwiłem się temu zastanawiając, gdzie się nauczyli sztuki tak pięknego mówienia. Młodsze pokolenie – ich dzieci już uczęszczało do szkoły, która mieściła się wcześniej w dwu różnych budynkach (w pobliżu obecnego sklepu i na tzw. Sinicy), aż w końcu wybudowano w 1968 r. obecną nową szkołę. Młodzi nie mówili już tak poprawną polszczyzną jak ich rodzice. Do dziś pamiętam i podziwiam opanowanie "starszyzny oreleckiej"oraz tzw. ich mądrość życiową. Drugim zaskoczeniem było kompletne wyposażenie obecnej cerkwi, w której – z braku miejsca – Nadleśnictwo przechowywało czasowo szyszki z nasionami. Był tam kompletny ikonostas, ławki, chorągwie przy ławkach (trochę podniszczone), księgi liturgiczne na ołtarzu. Nikt nie miał odwagi tknąć tego, co „należy do Boga”. Nikt też niczego nie ukradł mimo, iż drzwi nie były zamknięte. Kolejnym zaskoczeniem była dawna zabudowa wsi lub jej widoczne w terenie ślady. Utwardzona droga prowadziła z Myczkowiec od Skałek przez Mikołajec (były tam 3 domy), następnie przez odkryte tzw. Wierchy z karczmą pożydowską i zabudową przy dzisiejszych ocalałych jabłoniach w wielu miejscach, a schodziła do pierwszych zabudowań Bóbrki przechodząc następnie na pasmo Żukowa, którym biegła aż do Żłobka. Lesisty dziś Żuków stanowił jeszcze wówczas odkrytą w wielu miejscach przestrzeń. Wszystkie równe miejsca na jego grzbiecie były gruntami porolnymi, a las zajmował jedynie niedostępne jary potoków i nierówności terenu. Z tego grzbietu rozciągały się piękne widoki na Bieszczady i nie raz zimą z zachwytem patrzyłem na połoniny. Z upływem czasu jednak nie użytkowane grunty rolne samoczynnie zaczęły zarastać samosiejkami sosny i powstały teren zakrzaczony, który polecono nam dolesiać. We wsi nie noszono strojów ludowych. Starsze pokolenie żyło z roli, a w chwilach wolnych dorabiało pracą w lesie (chłopi przy zwózce drewna, niewiasty przy plewieniu upraw leśnych), młode pokolenie pracowało przy budowanej zaporze wodnej z Solinie. Po dwóch latach mieszkania w wynajętej u gospodarza izbie przeprowadziłem się w grudniu 1965 r. do wzniesionego wówczas budynku obecnej leśniczówki przy cerkwi. Był to dom murowany i bardzo wygodny.”

1968 r. - pod koniec budowy zapory wodnej w Solinie we wsi Przedsiębiorstwo PBRol z Leska wybudowało w zimie murowany budynek Szkoły Podstawowej o 4 salach lekcyjnych z biblioteką.

1970 r. - w opuszczonej cerkwi grecko-katolickiej staraniem ks. Karola Bugielskiego, proboszcza parafii rz. – kat. w Uhercach utworzono kościółek filialny parafii Uherce. Zabytkowy budynek cerkiewny udało się uratować przed zniszczeniem. Nie było już w nim dawnego wyposażenia i ikon wywiezionych przez funkcjonariuszy UB z Leska. Wspomniany ks. Bugielski potrafił wówczas dotrzeć do osoby I Sekretarza Komitetu Powiatowego PZPR w Lesku i uzyskać jego zgodę na utworzenie kościołów filialnych rz. kat. parafii Uherce w opuszczonych cerkwiach w Myczkowcach, w Zwierzyniu, w Orelcu, w Rudence, w Olszanicy i w Stefkowej. Do dziś nikt nie wie jakim cudem to osiągnął. Niewątpliwie uratował unickie obiekty sakralne przed zniszczeniem i rozbiórką.

1974 r. - powstało leśne gospodarstwo szkółkarskie o powierzchni produkcyjnej 10,63 ha, a w rok później na jego terenie sierociniec dla dzikich i opuszczonych zwierząt, w którym przez 20 lat żyły dziki, wilki i sarny. Była to wówczas wielka atrakcja dla turystów.

1975 r. - po utworzeniu parafii Bóbrka przejętej przez oo. Pallotynów wszedł do niej również Orelec z kościółkiem p.w. św. Józefa.

1980 r. - w miejscowej szkole zatrudniono pierwszych nauczycieli z wyższym wykształceniem, którzy z upływem czasu stworzyli autorski zgrany zespół represjonowany przez "władze partyjne" za postawę religijną, patriotyczną i stworzenie własnego systemu wychowawczego opartego na partnerstwie i szacunku do siebie. Niezależność i apolityczność tego grona była w kolejnych latach "solą w oku" miejscowych aparatczyków PZPR.

1981 r. - w czynie społecznym członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej w Orelcu i mieszkańcy wsi zbudowali z pomocą Gminy Olszanica murowany Dom Strażaka zwany przez mieszkańców klubem.

1982 r. - mimo obowiązujących i zaostrzonych rygorów stanu wojennego w Polsce strażacy z Orelca z komendantem Władysławem Dobrowolskim poprosili księdza wikariusza o poświęcenie nowego Domu Strażaka. Po Mszy Świętej w miejscowym kościele na tę wyjątkową uroczystość udała się cała wieś.

1987 r. - w lutym 1987 r. wieś Orelec liczyła 402 mieszkańców, 62 gospodarstwa rolne zajmujące pow. 333 ha (w tym 280 ha użytków rolnych), 307,7 ha lasów (w tym 51 ha lasów prywatnych).

1989 r. - z Krosna powrócił na stałe mieszkaniec Orelca Wiesław Piszczek zakładając w dolinie zamykającej wieś od strony Uherzec „gospodarstwo rybackie z 6 stawami hodowlanymi pstrąga i karpia” oraz budując przy nich własny dom.